Zawsze byłam perfekcjonistką. Do wszystkiego lubie być przygotowana, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Po czterech miesiacach "luzackich" starań bez efektu zabraliśmy się (a właściwie ja zabrałam) za sprawę poważniej. Teraz się z tego śmieję ale kiedy tydzień temu szłam z torbą świeżo zakupionych ziółek do domu byłam naprawde poważna. Z torby ziółek miała wyjść herbatka do picia raz dziennie. Wróciłam do domu i od razu zabrałam się za mieszanie składników. "Skoro to ma być porcja dla jednej osoby to wystarczy salterka żeby ją wymieszać"-pomyślała mądra główka. Rozłożyłam kartkę z zapisanym składem mieszanki nr 3 (taką mieszankę zalecają "znawczynie" na forum dla starających się) i przystąpiłam do dzieła. Po dołożeniu drugiego składnika okazało się, że salaterka jest stanowczo za mała. Wyjełam małą miskę, w której zazwyczaj mieszam sałatki i przesypałam zawartość. Dosypałam kolejne dwa składniki i miska okazała się znowu za mała. W akcie desperacji przyniosłam dużą miskę z łazienki. Taką na którą zazwyczaj wywalam pranie z pralki. Niestety naczynia pośredniej wielkości (czytaj-ganek na zupę) były zajęte. Miska była ostatnią deską ratunku i zdała egzamin na 5. Wszystkie składniki wsypane wiec przystąpiłam do mieszania. W domu zapachniało delikatnie ziołami, a kiedy skończyłam mieszanie pachniało już jak w aptece ojców Bonifratów :) Akcja przekładania zawartości miski do słoików trwała ok 15 min, bo w trakcie okazało się, że dwa słoiki to zamało i niezbędny będzie trzeci, ktory chwilowo nie był dostępny. Chwilowo, bo wystarczyło dojeść marynowaną paprykę, uruchomić kran i czysty słoik był gotowy. Mieszanki wyszło ( przeliczając na litrowe słoje) 2,75 słoika. Od 1 grudnia zaczęłam pijac ziółka codziennie. W przeciwieństwie do innych ziół ta mieszanka bardzo mi posmakowała.
Jakby tych przygotowań było mało, poszłam za ciosem. Na allegro zakupiłam testy owulacyjne i zaczęłam mierzyć temperaturę, co jeszcze kilka miesięcy temu (w świetle nauk przemałżeńskich i wizyt w poradni rodzinnej) wydawało mi się idiotyzmem. Bo przecież jak chcesz dziecko to wystarczy się bzykać i dzidzia będzie. Okazało się, że sprawa nie jest aż tak prosta.
Teraz mam już ziółka, testy i zamierzam tego użyć jednak wczoraj sprawa się delikatnie rypła, bo grudniowe ranki i wieczory przyjdzie nam spędzać w powiększonym towarzystwie (czytaj-szwagier nocuje). Ehhh, zawsze o ile moge komuś pomóc to pomagam ale jak ktoś mi próbuje rozpieprzyć misternie układany plan działania to nerwy mnie pomnoszą. Delikatnie rzecz ujmując moja niewyparzona gęba dała o sobie snać i szwagier już wie, że stał się persona non grata. No nic jakoś to będzie, przetrwam chocbym miała urlop na bzykanie w pracy brać :)